Czat codziennie 21:00 | Poczta | Lista dyskusyjna | Poezja | Galeria Medialna | SKLEPIK | PORTAL o HBV | ZIOŁOLECZNICTWO
hcv
wzw

:: Choroba   :: Diagnostyka   :: Leczenie   :: Kontakt   :: O Stowarzyszeniu   :: Strona główna  


Historia Bruna

Jestem zdrowy, tak, już mogę to powiedzieć. Moja „przygoda” z HCV trwała dosyć długo. Początki choroby – zakażenie – niknie gdzieś w mrokach dzieciństwa. Byłem żywym dzieckiem i rozbita głowa oraz szycie ran nie było niczym wyjątkowym. Najpewniej wtedy zostałem zakażony. Gdy wszedłem w dorosłe życie, często chodziłem do lekarza z dziwnymi bólami brzucha. Dostawałem recepty na różne leki, które czasem przynosiły ulgę, a czasem nie. Trwało to wiele lat. Głupio mi było „niepokoić” lekarza, bo wiedziałem, że uważa mnie za symulanta wyłudzającego zwolnienia. Mógł tak sądzić, ponieważ wykonywane analizy pokazywały, że krew mam „dobrą”, czyli jestem zdrowy... Unikałem więc lekarza, jak tylko mogłem.

Praca polegająca na częstych podróżach po całej Polsce pozwalała mi w razie silnego bólu zgłaszać się do lokalnych oddziałów pogotowia ratunkowego i tam dostawałem jakieś zastrzyki, chyba PAS to nazywali, bardzo mi pomagały. Kiedyś bolało mnie tak bardzo, że musiałem pojechać na pogotowie w moim mieście. Było to w pamiętnym 1986 r., pod koniec kwietnia, kiedy „wybuchł” Czarnobyl. To był piątek przed samym 1 maja. Pogotowie skierowało mnie na izbę przyjęć z rozpoznaniem „atak wyrostka robaczkowego”. Jako że bolało mnie od rana i tego dnia nic nie jadłem, wylądowałem wprost na stole operacyjnym, „nie przed śmiercią płacząc”... Gdy już udało mi się wyprostować na stole – bo byłem cały czas skręcony z bólu – i powierzyłem swoją przyszłość lekarzom, do sali operacyjnej wbiegła pielęgniarka, która prawdopodobnie ocaliła mi życie. Na pewno ocaliła mi wyrostek. Pani pielęgniarka nakrzyczała na lekarzy, że będąc w stanie znietrzeźwienia, nie mogą mi nic wycinać. Dostałem jakieś zastrzyki i przykazanie, żeby nic nie jeść i nic nie pić. Zrozumiałem, że będę krojony, jak tylko chłopaki nieco wytrzeźwieją. W miarę przyjmowanych zastrzyków przestało mnie boleć i tak było przez całą sobotę i niedzielę. W poniedziałek był obchód ordynatorski. Gdy się okazało, że nic nie jadłem ani nie piłem, zrobił się gwałt i rwetes, w trakcie którego podczepiono do mnie po jednej kroplówce na obie ręce. Po kilku dniach zostałem wypisany ze szpitala, nie byłem operowany i nie pamiętam nawet, jaka diagnoza była na karcie informacyjnej.
Funkcjonując na zasadach symulanta, czasem ratując się gdzieś po drodze w pogotowiach, dotrwałem do 1998 r. Wtedy ostry, przygniatający ból w klatce piersiowej spowodował, że znalazłem się w szpitalu, na kardiologii. Po tygodniowym pobycie wyszedłem z wiedzą, że serce mam jak olimpijczyk, a z wydolnością też jest świetnie. Lekarza zaniepokoiły jedynie wysokie transaminazy. Lekarz rodzinny sprawdził mi przeciwciała. Od tego czasu zaczęła się moja walka z wirusem i wątrobą, choć... właściwie nie do końca tak było.

Wizyta u lekarza w poradni hepatologicznej i rozmowa... a że to jest taki wirus, ale nie ma się czym przejmować, nie stanowię zagrożenia ani dla domowników, ani współpracowników i trzeba tylko czasem sprawdzać, czy coś tam się nie dzieje. Przyjąłem to z dobrą wiarą i ze zrozumieniem. Oczywiście nie zawracałem sobie głowy tym „sprawdzaniem, czy coś się nie dzieje”. A niestety, się działo... Coraz trudniej mi się chodziło. Schody, szczególnie w dół, oznaczały cierpienie i ból w kolanach oraz biodrach. I gdy było już tak nieznośnie, że nie dało się z tym żyć, poszedłem do lekarza ogólnego.

Tam sprawy nabrały wielkiego przyspieszenia. Oddział zakaźny, biopsja, która była okropna, bo kazali mi leżeć w pozycji „chiński znak zapytania” i wstrzykiwali znieczulenia miejscowe, które uparcie nie chciało zadziałać, a ja leżałem, cierpiąc katusze. W końcu ustaliłem z panem doktorem, że bardziej cierpię leżąc, niż jak mnie będzie dziobał. Okazało się, że nie wiedziałem, co mówię, bo jak mnie „dziabnął”, poczułem ból taki, jakby mi w tę strzykawkę wciągał genitalia, a nie kawałek wątroby. Straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, zobaczyłem siostrę wyciągającą mi z klaty wielką szprycę. Poczułem nagle, że się topię i zwróciłem siostrze na to uwagę. Była bardzo zdziwiona, ale jak zobaczyła wodę cieknącą spod maski tlenowej, załapała szybko i wyjaśniła mi, że ktoś do filtra w ścianie nalał za dużo wody. Biopat przepadł w tym zamieszaniu. Dostałem terapię i jak tylko wydobrzałem po biopsji, otrzymałem pierwszy zastrzyk.

To był największy koszmar, jaki w życiu przeszedłem. Po kilku godzinach zrobiła mi się taka gorączka, że po zmierzeniu jej termometrem z rtęcią myślałem, że jest on zepsuty, bo nie było widać, gdzie się kończy kreska. Przeleżałem to, przykrywając się wszystkim, czym się można było w domu okryć. Trząsłem się jak stół wibracyjny. Głowa bolała mnie tak bardzo, że... Nie mam słów na ten ból. Taki sam ból i podwyższona temperatura towarzyszyła każdemu zastrzykowi, czyli 3 razy w tygodniu.

Po 6 miesiącach modliłem się o to, żeby terapia była nieudana, bo tylko wtedy mogłem mieć natychmiast przerwane leczenie. Na wynik PCR czekałem 2 miesiące. Miałem plusa, czyli moje modły zostały wysłuchane. Czułem się wtedy bardzo źle. Bardzo mi pomagały kontakty netowe z Prometeuszami. Zacząłem się uczyć chorowania na HCV i doszedłem w tym nawet do pewnej biegłości. Byłem bardzo zmęczony terapią i kombinowałem, jak się leczyć, do czego zmuszała mnie żona, żeby nie było w terapii interferonu. Dowiedziałem się o programach badawczych. Wchodziły właśnie próby z Glycyrrhiza glabra, czyli lukrecją gładką. To wlewy dożylne. Codziennie trzeba było sobie zapodać do żyły szklankę preparatu. Dowiedziałem się też wtedy, że w walce o zdrowie nie zawsze najważniejsze jest zlikwidowanie wirusa. Że najważniejszą rzeczą jest poprawić stan wątroby. Przed wejściem w ten program zrobiono mi pełny panel diagnostyczny. W zestawie była też biopsja. Szokiem dla mnie był jej wynik – G-5 i S-4, a do tego jeszcze stłuszczenie wątroby 80%. Ugięły mi się nogi, jak dostałem te wyniki. Odmówiono mi udziału w lukrecji...

Szukałem alternatywy i Jarek, szef Prometeuszy, powiedział mi o bonifratrach. Pojechałem do Łodzi. Zbadał mnie tam pan dr n.med. Jerzy Pruszczyński. Rozmawiał ze mną i kreślił jakieś znaki na karteczce. Pooglądał wyniki analiz, zaglądał mi w oczy, badał skórę... Po wnikliwym badaniu pan doktor wręczył mi receptę i powiedział: „Proszę to pić i będzie pan żył długie lata”.

Po 8 miesiącach rygorystycznego stosowania ziół powstała możliwość podejścia do terapii z użyciem „nadziei zakażonych” – interferonu pegylowanego. Przed zastosowaniem interferonu zrobiono mi kolejną biopsje i tu... zaskoczenie – G-0, S-3, stłuszczenie 60%. To oczywisty efekt działania ziół. Terapia interkiem pegylowanym nie była taka ciężka, jak ta pierwsza Intronem A, ale niosła też swoje przykrości. Zakończyłem ją po 7 miesiącach z wynikiem dodatnim w PCR.

Zioła od tamtej pory piję cały czas. Może już nie tak rygorystycznie jak dawniej. Tryb życia zmienił mi się znacznie. Więcej podróżuję i czuję się już bardzo dobrze. Do opisania mojej „walki” z chorobą poczułem się przymuszony po moim niedawnym USG, w którym widać jak na dłoni postęp w leczeniu wątroby. W najgorszym moim USG wątroba wyłaziła mi na 15,5 cm spod żeber, teraz wyłazi tylko na 6 cm. Śledzionę mam prawie normalnej wielkości (wcześniej znacznie powiększona), żyła wrotna (średnica) w normie, a była w najgorszym wyniku 17 mm. Chcę pokazać na swoim przykładzie, że osoby, którym nie udało się wyleczyć z wirusa, mogą spokojnie funkcjonować z nim, naprawiając wątrobę ziołami. Bardzo polecam bonifratrów łódzkich. Nie piszę tu o „martyrologii” związanej z chorobą, dyskomfortowych sprawach, jak na przykład uwidocznione na łydkach „złoża żelaza czy może miedzi”, co w rezultacie wygląda, jakbym miał ciągle brudne nogi. Nie opiszę też innych czynników niewątpliwie pomagających w utrzymaniu dobrej kondycji psychicznej takich jak joga czy reiki, bo są one z pogranicza czarów, a że w czary raczej nikt nie wierzy, więc uznałem to za zbędne... Jeśli ktoś ma jakieś pytania to proszę pisać na koraki@tlen.pl. Odpiszę.

Bruno

Powrót »




Nieinwazyjne Badanie Wątroby
fibroscan
»
Ważne!
::Nowe Leki przy HCV
::Artykuły medyczne
::Artykuły prasowe
::Szpitale i poradnie
::ZIOŁOLECZNICTWO
::SKLEPIK ZIOŁOWY
::Felietony Prometeuszy
::Słownik medyczny
::Linki medyczne i inne
::Top lista i liczniki
::ATLAS ZIÓŁ
»
Prometeusze
Kontakt ze Stowarzyszeniem
tel. kom.: 602 172 907
lub tel. stacjonarny:
75 612 00 99 (nowy)
::Pomoc psychologiczna
::Kilka ważnych pism
»
FAQ przeczytaj koniecznie
:: Czy prawidłowy poziom transaminaz (Alat i Aspat) wyklucza obecność zakażenia HCV?
:: Czy można zakazić się poprzez kontakty seksualne?
:: Jakie jest ryzyko przeniesienia (transmisji) HCV z zarażonej matki na dziecko?
:: Jakie są objawy zakażenia wirusem HCV i choroby, jaką ten wirus wywołuje?
:: Czy Hepatitis C można wyleczyć?
:: Jakie leki obecnie są stosowane w leczeniu HCV?
:: Czy zakażeni HCV powinni się szczepić przeciwko HBV (wzw typu B)?
:: Czy można się zakazić od domownika, który jest HCV+?
:: Jak zostać członkiem Stowarzyszenia PROMETEUSZE
»
Nasze Akcje
:: HCV za Kratkami
»
Nasi Partnerzy:

diagnostyka

synevo

Herbapol Poznan
»
Podziękowania
:: Członkom Honorowym
:: Firmom:
AbbVie
za grant i pomoc w modernizacji Serwisu Prometeuszy w 2016 roku

Synevo
Sanofi - Aventis
Poznańskie Zakłady Zielarskie Herbapol S.A
Gilead

:: Polskiej Grupie Ekspertów HCV
:: Wszystkim lekarzom, którzy wspierają nasze działania
:: Władysławowi Rysiowi i Zbigniewowi Barteczka za wiersze. Brunowi za "koraki" i aukcje charytatywne.
:: Maciejowi, Monice oraz Ewelinie i wszystkim psychologom za pomoc chorym
:: Naszym webmasterom i administratorom:
Arturowi i Włodkowi,
oraz Piotrowi, Tygrysowi, Ktosi i Andzi
:: Wszystkim za wpisy do księgi gości
:: Wszystkim, którzy wspierają naszą akcję
:: Aptece "Królewskiej" z Wałbrzycha

apteka krolewska
»
Leki z Indii
Leki na HCV z Indii, generyki indyjskie, leki z indii hcv
»
Wspieramy
3 kafki - hostele
akcja Pajacyk
wielka orkiestra świątecznej pomocy

Nasze konto: ING Bank Śląski o/Wałbrzych 61 1050 1908 1000 0022 7301 0526


intermedis - fibroscan


hcv


Hepatic Medical


reklama, tworzenie stron, hosting, wałbrzych, wizytówki, poligrafia

hcv

Copyright © 2001-2017    Prometeusze    All rights Reserved.

hcv
wzw   hcv